Subiektywny przewodnik czyli o podróżach, zilustrowane zdjęciami

Subiektywny przewodnik
Z ziemi polskiej do wloskiej

Wybraliśmy mniej oczywista trasę do Włoch, bo zdecydowaliśmy jechać na Zgorzelec, potem na Bregencje, Mediolan i do Turynu. Pomysł okazał się całkiem niezły, ale nie bez wad. Sama podróż też odbyła się z małymi, ale akceptowanymi przygodami.
Najpierw wyjazd z Katowic zabrał nam więcej czasu niż myśleliśmy – korki i wizyta w aptece. Do Zgorzelca trasa minęła bez problemów. Franek spał przez cala drogę. Po przerwie, przyjemnej wizycie u rodziny, uzupełnieniu paliwa ruszyliśmy dalej.
Wjechaliśmy na autostradę, wjechaliśmy do Niemiec, pierwszym pojazdem jaki wyprzedziliśmy było auto z napisem ‘polizei’. Następnie auto nas wyprzedziło, pojawił się napis migający ‘bitte folgen’ (albo jakoś tak) i za autem na sygnale udaliśmy się do pierwszego zjazdu na stacje Aral i … Policja sprawdziła nasze dokumenty i życzyła udanej podroży. Ciśnienie mieliśmy z 200 na 300. Nie wiedzieliśmy czego chcą, czy jakieś przepisy przekroczone etc. Krótki spacer po stacji benzynowej, żeby uspokoić skołatane nerwy, głęboki oddech i w drogę.
W sumie trasa przez Niemcy minęła bez problemu. Byliśmy jednym z wolniejszych aut. Wyprzedzaliśmy tylko auta kurierskie – UPS, DHL i Polaków. Najciekawiej było, gdy był większy ruch, bo trochę to pozwalało nie zasnąć. Dojeżdżając do Memmingen postanowiliśmy zrobić sobie krótką przerwę. 2godzinna drzemka, poranna kawa, krótki spacer po parkingu, śniadanie i w drogę.
W ten sposób ok 8.30 dojechaliśmy do Lindau. Postanowiliśmy przejechać przez centrum Bregencji i wyskoczyć na autostradę już w Szwajcarii i chyba coś przedobrzyliśmy ze zjazdami – tzn. zjechaliśmy o jeden za szybko – i trochę pokręciliśmy się po mieście. Ale przejechaliśmy sprawnie przez Bregencje i zjechaliśmy na stacje benzynowa zatankować. Po zaopatrzeniu się w stosowna winietke na Szwajcarię, udaliśmy się na przejście graniczne. Tam niespodzianka… Kontrola celna. Miły Pan zapytał:
– czy szprechen my dojtsz, czy we spik inglisz?
– Jes, inglish.
– Do ju hew alkohol, tabako?
– Nol.
– Ok – hew e najs trip.
Zaraz, zaraz – przecież butelka rumu z Brazylii i żubrówka leżały na siedzeniu….
Szwajcaria okazała się być całkiem przyjazna do podróżowania i niezwykle malownicza do podziwiania. Gps wskazywał, ze w okolicach Bregencji byliśmy na ok 500 m.n.p.m. A13 do Mediolanu wymagała przejechania przez San Bernardiono. No i zaczelismy mozolną wspinaczkę – tunelami, halami, galeriami, w końcu wyjechaliśmy na płaskowyż z jeziorem i malowniczymi widokami na ok. 1500 m.n.p.m., do najwyższego punktu tej drogi zostało nam jeszcze jakieś 150. Potem droga w tunelu przejeżdża pod właściwą przełączą i kieruje się w dół do Bellizony. 18 km w dół, 8% nachylenia, znaki ostrzegają przed palącymi się hamulcami. Trasa szybko traci wysokość, zakosami, po zboczu zjeżdżamy na ok 300m.n.p.m. Ale za to widoki przepiękne. To tak jakby wjechać w środek Tatr autem. Widać dokładnie wszystkie poziomy roślinności, nad nami rozpościerają się majestatycznie szczyty. Bliskość gór powoduje, że chce się tam zatrzymać albo wracać. Na zjeździe widać 3-4 wodospady, które zasilają Lago Lugano. Jak się okazało przełęcz jest tez umowna granica pomiedzy góralami niemieckimi, a włoskimi. Na wjeździe do Wloch spotkał nas korek, bo Szwajcarzy sprawdzali wyrywkowo auta, nas przepuścili. Na bramkach pod Mediolanem było mnóstwo aut, ale na A4 prowadzącej do Turynu podróżowało zaledwie kilka. Same bramki zostały skutecznie zablokowane przez Włoszki próbujące zapłacić za przejazd. Ostatnia prosta to już zmęczenie naszego dziecka i nasze. Ostatecznie do celu po klucze dotarliśmy po 23h. Ostatnia prosta – czyli przejazd przez miasto to pikuś…, prowadził nas gps, ale gps w połączeniu z włoskimi przepisami ruchu drogowego skutkowało tym, ze zanim przejechalismy 500 m przez miasto, już zdołałem 3 razy złamać przepisy. Potem już było tylko ‘lepiej’, bo gps prowadził nas w miejsca, gdzie nie można wjeżdżać. Ale szczęśliwie i sprawnie przejechaliśmy przez puste miasto. Uff.
Jeszcze tylko rozpakować naszego szerszenia, wypełnionego po dach gratami, ubraniami, tosterem w prezencie. I teraz uff. Możemy usiąść… 🙂 dotarliśmy. 1480 km, 92.8 litrow.

Leave a Reply